Czy za granicą zapominamy języka polskiego?

Flaga Polska

Pewnie nie raz przyszło Ci pomyśleć słuchając kogoś kto przyjechał z długiego pobytu za granicą coś w stylu “Wyjechał za granicę i już nie pamięta jak się po polsku mówi.” I nie mam tu na myśli troskliwego tonu. 😉 Dlaczego zapominamy języka angielskiego mieszkając za granicą?

Wszystko zaczyna się od języka obcego.

Przyleciałam do Glasgow mając niecałe 21 lat. Na swoim koncie miałam już 9 lat nauki angielskiego w tym zdana elegancko matura ustna i pisemna. Jednak jak znalazłam się wśród obcokrajowców, a właściwie tubylców, czyli osób mówiących po angielsku jako pierwszy język przeżyłam szok języczny.

Myślę, że główną tego przyczyną był stres, który pożerał umiejętność logicznego myślenia. Bitwa pytań: Jakie to słowo? Jak je wypowiedzieć? Czy gramatyka jest dobra? Co mam teraz powiedzieć? Czy mnie rozumieją?! Uwierzcie mi, że to jest stres.

Pozwól, że opowiem Ci moją historię.

Na początku mojego pobytu w Szkocji w przypadku załatwiania spraw urzędowych lub wizyt u lekarza korzystałam z pomocy osoby, którą nazywa się INTERPRETER. To jest osoba, która ogólnie rzecz biorąc ma tłumaczyć język pomiędzy jedną a drugą stroną.

Interpreter

Jednak ja chciałam umieć sama “poruszać się” po tutejszym świecie i sama móc chodzić do lekarza czy załatwiać swoje sprawy urzędowe. Zwłaszcza, że jak wspomniałam wcześniej języka się uczyłam.

Co ma piernik do wiatraka?

Otóż, aby móc się swobodnie posługiwać językiem danego kraju (skupię się tu na angielskim) to trzeba go ćwiczyć. Uczyć się go i używać. A co za tym idzie myśli się o nim, jeśli nie nieustannie to przynajmniej bardzo, bardzo często. Zastanawia się wtedy: jakbym chciała to opowiedzieć? lub jakbym to chciała przekazać; jak tamto wytłumaczyć?

Przyspieszona lekcja angielskiego.

Po dokładnie 8 miesiącach mieszkania w Glasgow poznałam mojego później chłopaka Szkota. Na początku pracowaliśmy razem, więc widywaliśmy i rozmawialiśmy ze sobą codziennie. Peter nie za często poprawiał mój język, żebym się źle nie czuła i nie była skrępowana go używać. Jednak najszybciej nauczyłam się angielskiego, kiedy zaczęliśmy się kłócić.

Couple

Kiedy bardzo potrzebujesz wyrazić co myślisz i czujesz, nie mając obaw, że to o czym mówisz może mieć inne znaczenie to choćby nie wiem jak, ale douczysz się co i jak masz powiedzieć. A jeśli zależy Ci, aby ten sposób stał się płynny (mam tu na myśli wyrażanie siebie, swoich emocji, myśli, itd.) to zaczynasz jeszcze częściej myśleć o tym co i w którym momencie byś powiedział lub powiedziała. Wręcz, zaczynasz myśleć w tym języku.

A co za tym idzie?

Im częściej rozmawiasz po angielsku, im częściej opisujesz swoje emocje w tym języku tym więcej polskich słów zastępujesz sobie tym językiem.

Ścieżka rzadko uczęszczana zarasta.

Jeśli bardzo intensywnie ćwiczysz język obcy, a swój ojczysty zaniedbujesz (bo mało go używasz) to siłą rzeczy niektóre słowa wypadają z naszej głowy. To nawet nie jest tak, że my te słowa zapominamy na zawsze, lub gdyby ktoś je użył, to byśmy nie rozumieli co mówi, ale prawdą jest, że sami z czasem już o nich nie pamiętamy.

Rozmyślanie

To samo się ma ze znaczeniem niektórych słów. Niestety. Jednak słownik języka polskiego nie został wymyślony bez powodu i nie trzeba ograniczać jego używania do szkoły podstawowej czy średniej. Dobrze jest sobie taki słownik w dzisiejszych czasach pobrać na telefon i w każdej chwili swobodnie używać. Jestem też fanką słownika synonimów. Jest spory wybór wśród aplikacji na telefon.

Jak rozmawiają ze sobą Polacy za granicą?

Szczerze? Najczęściej, choć to nie jest reguła, robią z obu języków sałatkę słowną. Potrafią mieszać dwa języki w jednym zdaniu a to się może powtarzać co zdanie. Sama jestem temu winna, zwłaszcza jak rozmawiam z moją córką.

(Przykładowe zdania: 1. Kora, jesteś grounded. 2. Jutro, potrzebuję Cię after school. 3. Weather forecast pokazuje rain przez cały week.)

Jeśli jednak rozmawiam z kimś innym z Polski to staram się pilnować. Jednak wierz mi lub nie. Żeby złożyć całe zdania lub konwersację wyłącznie po polsku, trzeba o tym myśleć i pilnować co się mówi. Ot taka to różnica pomiędzy rozmowami rodaków w Polsce, a za jej granicami.

To się oczywiście będzie różniło, jeśli spędza się czas wyłącznie wśród Polaków.

Dlaczego tak jest?

Prosto odpowiem na to pytanie. Twój język jest szybszy od Twojej głowy. Chcesz coś powiedzieć i to po prostu mówisz. A Twoja głowa uzupełnia zdanie w takie słowa, które szybciej przyjdą na myśl.

Wracając do Polski

Po tych wszystkich doświadczeniach wracając do Polski i rozmawiając z kimś, taka osoba zaczyna brzmieć trochę jak szpaner. Jak ktoś, kto się popisuje językiem. To zazwyczaj nie do końca jest jednak tak, że ten ktoś się popisuje. Ta osoba jest po prostu przyzwyczajona do takiego sposobu porozumiewania się. Kiedy rozmawia z kimś, kto nie ma takich samych doświadczeń po prostu brzmi komicznie.

Akcent się nie liczy

Poruszam dziś kwestię samego języka a nie jego akcentu. Zdarza się jednak, że powiedzmy taka osoba wracająca np z Ameryki nakłada na swój język polski amerykański akcent. Wtedy możemy być pewni, że udaje i, że bardzo się stara tak brzmieć. Nie da się bowiem tak zapomnieć swojego języka, żeby nieświadomie nakładać na niego obcy akcent po kilku tylko latach mieszkania za granicą.

Są jednak wyjątki

Wyjątkami będą takie osoby, które wyjechały za granicę jak byli dziećmi lub spędzili tam większość życia. To mogą być też takie osoby, które faktycznie relatywnie krótko byli za granicą. Jednak to było w takim okresie życia i rozwoju, że przysposobili sobie tamtejszy akcent (np w okresie szkolnym/dorastania).

Czy można przywrócić znajomość języka polskiego do poprzedniego stopnia?

Oczywiście. To jednak wymaga ćwiczeń. Trzeba rozmawiać po polsku, czytać i pisać po polsku, oglądać filmy po polsku. Trzeba sobie po prostu ten język przypomnieć i utrwalić.

Latające ksiązki

Na zakończenie

Mam nadzieję, że teraz już wiesz jak to jest z tym mieszaniem słów polsko – angielskich. Może następnym razem, gdy usłyszysz kogoś tak mówiącego będziesz już umieć spojrzeć na tą osobę z innej perspektywy. 🙂


Jakie jest Twoje zdanie i/lub doświadczenie w tym temacie?



Wild Wild Syf, czyli bardzo brudny zachód

Myśląc o krajach zachodu zazwyczaj wyobrażamy sobie cuda niewidy. Wiecie o co mi chodzi, wszędzie jest lepiej tylko nie tu. A czy kiedykolwiek zastanawiałeś/aś się jak wygląda Polska dla ludzi przyjezdnych? Nie mam na myśli tylko obcokrajowców, lecz wszystkich, którzy przyjeżdżają do Polski po jakimś czasie nieobecności.

Nowa Polska

Powiem Ci. Wygląda czysto. Wygląda nowocześnie. Tej Polski, która była w 2008 roku, kiedy ja wyjeżdżałam po raz pierwszy już nie ma. Nawet tak mała miejscowość jak Dębno (woj.zachodniopomorskie) bardzo się rozwinęła od tamtego czasu. Nie zrozum mnie źle, ja wiem, że są takie miejsca, w których czas się zawiesił i to bardzo dawno temu. Nie mniej jednak, ogólnie – Polska jest miejscem o którym dumnie mówi się za granicą polecając w niej wakacje. (Wiem, co myślisz…wakacje to nie to samo co mieszkać tutaj. Zostawię to na inny blog.) Szkoda, że Polacy mieszkający w Polsce nie są w stanie tego zobaczyć, a wciąż mimo wszystko marzą o zachodzie nie widząc jak piękny mają kraj. Jednak nie o tym jest ten blog.

Stare Glasgow

Jedną z tych rzeczy, do których nie mogę się przyzwyczaić w Glasgow to to jak brudne są tutaj ulice. Jak stare są pomieszczenia urzędowe i szkoły. Jak na pozór ogromne, zachodnie miasto wieje brudem i starością. Nie mam tu na myśli nawet miejsc zabytkowych, nie nie.

Jak sobie pościelesz tak się wyśpisz

Weźmy na tapetę jedno z nowych osiedli w Glasgow. Jest to małe osiedle domków jednorodzinnych, które należą do Glasgow Housing Association, czyli na spółdzielni mieszkaniowej. Domki mają niespełna 6 lat, czyli są w sumie nowe. Mieszkają w nich ludzie (w tym przypadku przynajmniej), którzy mieszkali poprzednio w budynku, który został przez miasto wyburzony i wszyscy mieszkańcy przeniesieni do nowych mieszkań.

Stare psy, nowe sztuczki?

I teraz tak. Przechodzisz między takimi domkami i jedyne co myślisz to, że “możesz człowieka wyciągnąć z syfu, ale syfu z człowieka nie”. Nie uwierzyłbyś/abyś jak brudno jest na tutejszych osiedlach. To, że mówię o nowym osiedlu ma za zadanie zobrazować, że wcale nie chodzi o stare i zapomniane, ale tamtejsze też takie są.

Przez tyle lat mieszkając tutaj nie jestem w stanie się do tego przyzwyczaić, że dzieci (i dorośli!) opakowania zamiast do śmieci rzucają pod siebie. Wielokrotnie widziałam jak ludzie stojąc na światłach w środku miasta otwierają okno i wywalają co tam mają (butelki, opakowania po chipsach, itd) za okno, na ulicę, na pobocze, na żywopłot.

Bałagan przy światłach

Higieny należy uczyć od dziecka

Pamiętam, że jak byłam w podstawówce robiliśmy akcje “sprzątanie świata”. Chodziliśmy wtedy całą klasą, z nauczycielami w różne obszary naszego miasta (każda klasa miała jakiś inny teren) i sprzątaliśmy. Czarne worki i rękawiczki. Wtenczas nawet nie było tych takich podnośników, a przynajmniej my nie mieliśmy. Nikt tego nie lubił, wiadomo, śmieci, ble, brudne, ble, fuj, itd.

System motywacyjny

Następnie wracaliśmy do szkoły i robiliśmy raport (każdy indywidualnie) z akcji. Po czym nasze prace były wysyłane na konkurs przyrodniczy i już wspólnie jako szkoła walczyły o najczystszą.

Tutaj czegoś takiego nie ma. Jako, że moja córka już jest w 4 klasie liceum, to mogę śmiało powiedzieć, że nigdy nic takiego nie miało miejsca. Jedyne co może tyle razy ile jest palców u jednej ręki sprzątali po sobie boisko szkolne. Zawsze coś, ale to jednak nie to samo. Sprzątanie po sobie po przerwie jest czymś tak oczywistym jak użycie papieru toaletowego, czyż nie?

Edukacja podstawą

To o czym ja mówię to brak edukacji jak dbać o środowisko. Co prawda w szkole powinni segregować śmieci, ale żadne dziecko nie wie zbyt wiele więcej co się z tymi śmieciami dzieje, ani dlaczego powinni je segregować. Sama się o tym przekonałam w college podczas zajęć o dbanie o środowisko. Smutne prawda?

Trzymajmy kciuki

Pozostaje jednak mieć nadzieję, że nasz świat i świadomość rozwijają się w taki sposób, że i w końcu dotrze także “na zachód”.

Wielkanoc w Szkocji. Nie czuję tych świąt.

Jajka wielkanocne

Nie czuję wielkanocy. Wiem, że co niektórzy zwróciliby mi uwagę, że powinnam powiedzieć: nie czuję Wielkiej Nocy. Mam rację czy się mylę? Jednak to niczego nie zmienia.

Wielkanoc w Szkocji

W Szkocji Wielkanoc obchodzi się zupełnie inaczej. A już na pewno nie w taki sposób jaki to robi się w Polsce. Nie przygotowuje się tutaj śniadania, ani święconki. Nie ma też niedzieli palmowej.

Zaraz zaraz, czy na pewno?

Jeśli chodzi o niedzielę palmową to prawda jest taka, że nie wiem, bo ani ja, ani nikt kogo znam nie chodzi do kościoła. Mówię tu teraz o Szkotach. A znam ich bardzo wielu. Jeśli chodzi o samą palmę to jedyne miejsce w którym można ją znaleźć to polskie sklepy.

Palma wielkanocna

Czy wiara ma z tym związek?

Pewnie tak. Nie jestem osobą wierzącą i tak jak święta Bożego Narodzenia traktuję jako sentymentalną tradycję z domu i mam do nich też aktualnie trochę komercyjny stosunek. Tak, jeśli chodzi o Wielkanoc (pomimo sentymentu tradycji z domu) nawet zajączek nie jest w stanie wywołać u mnie nastroju na świąteczne gotowanie.

Czy święta muszą zawsze sprowadzać się do gotowania?

Pewnie zaprzeczysz, ale nie da się uniknąć takiego wrażenia. Umiesz wyobrazić sobie celebrowanie narodzin Jezusa bez wigilijnej kolacji? No właśnie, a jego zmartwychwstanie bez świątecznego śniadania? Otóż to.

Zając znoszący czekoladowe jajka

To jest właściwie ten jedyny ‘atrybut’ w tutejszej kulturze, który wyróżnia Wielkanoc, czyli tzw. Easter Bunny. Co zabawne ten zajączek wielkanocny obdarowywuje innych, a szczególnie dzieci czekoladowymi jajkami. Nie wydaje Ci się to trochę pozbawione sensu?

Zajączek wielkanocny

Mówiąc o zajączku…

I tak jak JAJKO w religii katolickiej i prawosławnej związane jest z motywem zmartwychwstania Chrystusa i symbolizuje nadzieję na życie wieczne. Tak, ZAJĄC to pogański symbol płodności, witalności i zbereźności.

Jak w Szkocji obchodzi się Wielkanoc?

No dobrze, skupmy się jednak na tych pozytywnych odsłonach Wielkanocy. Już wspomniałam, że wszyscy (a jeśli nie wszyscy to na pewno dzieci) dostają od kogoś czekoladowe jajko. Tych jajek jest tu ogromna ilość do wyboru. Są przepiękne i potrafią kosztować od £0.75 nawet do £35 za jajko. Jednak te droższe są już naprawdę wypasione i całkiem spore.

Które dni to Wielkanoc?

W Polsce odliczanie zaczynamy od Niedzieli Palmowej, poprzez Wielki czwartek, Wielki Piątek, Wielką Sobotę, Niedzielę Wielkanocną i Poniedziałek Wielkanocny. Tu jednak potocznie, czyli powszechnie, czyli w życiu codziennym znanym jest Good Friday (Wielki Piątek) – i jest to dzień wolny od pracy, Easter Sunday (Niedziela Wielkanocna) oraz niewiele osób jest tego świadoma, ale też Easter Monday. Ci nieświadomi, mogliby ewentualnie stwierdzić, że jest tzw. bank holiday, czyli kolejny dzień wolny od pracy.

Wielki piątek

Wielki piątek nazywa się w Wielkiej Brytanii Good Friday, czyli dosłownie tłumacząc Dobry Piątek. Nazwa pochodzi od zastąpienia przestarzałego znaczenia słów „pobożny, święty”, słowem „dobry”.

Jest kilka list w internecie wymieniających tradycje Wielkiego Piątku, jednak w rzeczywistości wygląda to tak, że kto może, idzie do pubu. Nie chodzi tu o wieczorne wyjście na piwo, tylko wyjście na piwo jak najwcześniej się da. A, że w piątki pracę kończy się zazwyczaj szybciej, tak w pubie da się wylądować nawet już o 12 w południe i urzędować tam do upadłego. Teraz w czasie pandemii, nie ma takiej możliwości, ale wcześniej tak było i jestem pewna, że później znów tak będzie.

Lany poniedziałek

W Szkocji coś takiego jak lany poniedziałek nie istnieje. Nikt o tej tradycji nigdy nie słyszał. Na poniedziałek wielkanocny mówi się Easter Monday i jest to dzień wolny od pracy.

Gry i zabawy

Podczas Wielkanocy w Szkocji najbardziej popularną zabawą jest tzw. Egg Hunt, czyli po polsku Polowanie na Jajka. Zabawa polega na tym, że chowa się przed dziećmi albo już czekoladowe jajka w różnych miejscach w domu lub w ogrodzie, albo kolorowe zabawkowe. Dzieci następnie szukają jajek i wygrywa ten kto, albo znajdzie więcej, albo znajdzie jako pierwszy/pierwsza wszystkie jajka “swojego” koloru.

Egg Hunt

Kolejną popularną zabawą jest tzw. Rolling Eggs, czyli po polsku Turlanie Jajek. Chodzi tu o to, aby pozwolić jajkom turlać się z górki i wygrywa ten, kogo jajko przetrwa bez obrażeń.

W internecie przewinęło mi się przed oczami jeszcze kilka nazw, ale jak mieszkam tu na ten moment 13 lat i jestem częścią szkockiej rodziny, tak nie spotkałam się z innymi grami TYPOWYMI DLA WIELKANOCY.

Pisanki?

Co do malowania pisanek, to zauważyłam tą aktywność bardziej wśród Polaków niż Szkotów. Nikt, kogo znam nie maluje pisanek, ani w przedszkolu lub w szkole tego nie robią. Przybory do malowania jajek można kupić zazwyczaj tylko w takich sklepach jak Lidl lub Aldi i są to albo naklejki, albo barwniki.

Malujemy jajka

Jednak co ciekawe popularnym jest tutaj przyozdabianie kapeluszy, które nazywają się Easter Bonnet. Symbolizują one “nowe ubranie” na znak nowego życia, nowego roku i nowego początku. Ta aktywność jest głównie popularna wśród dzieci.

Easter bonnet

Popularne jedzenie Wielkanocne?

Jeśli chodzi o główny posiłek to najbardziej popularnym daniem jest tu pieczona noga jagnięca (lamb leg).

Jagnięcina

Dodatkowo w tym okresie wyłaniają się w sklepach przeróżne rodzaje tzw. Hot Cross Buns. Co prawda można je kupić cały rok, ale w okresie Wielkanocy jest szeroki wybór smaków.

Hot cross buns

Oczywiście można je zrobić samemu w domu i odeślę Cię tutaj do przepisu.

I znów powiem, że w internecie widziałam jeszcze kilka pozycji, jednak ja nigdy o nich nie słyszałam, więc nie będę ich tu powielać.

Dni wolne

Ostatnim o czym chciałabym wspomnieć to dni wolne od pracy i szkoły. W okresie Wielkanocy wolnym od pracy są Wielki Piątek i Poniedziałek wielkanocny. Jednak jeśli chodzi o szkoły to Wielkanoc rozpoczyna przerwę świąteczno-wiosenną i zazwyczaj zaczyna się w Wielki czwartek szybszym skończeniem lekcji i trwa nawet do 3 (słownie: trzech) tygodni.


Czy kiedykolwiek zastanawiałeś/zastanawiałaś się jak wygląda obchodzenie świąt Wielkiej Nocy za granicą? Czy dowiedziałeś/dowiedziałaś się czegoś nowego? Podziel się ze mną swoimi spostrzeżeniami.

Pop up tent

Blog na temat pop up ten z pozoru może wydać Ci się trywialny. Uwierz mi jednak, że nie tylko jest to jedna z tych rzeczy, którą “warto wiedzieć”, ale możliwe, że przyjdę Ci tym tematem z pomocą we wszelakich warunkach.

Co znaczy pop up tent?

Pop up z angielskiego dosłownie znaczy wyskakujący. Tu jednak chodzi o “samo-otwierający się”.

Tent znaczy namiot.

Jaka jest funkcja tego namiotu?

W zależności od tego jaki namiot posiadasz będzie on spełniał inne funkcje. Ten namiot, który ja mam jest całkiem fajny. Inny. Nie widziałam wcześniej takiego.

Co w nim innego?

Po pierwsze jest on pionowy, tzn, można w nim spokojnie stać wyprostowanym, ale nie ma tyle miejsca dookoła, żeby wyciągnąć ramiona na prosto z dwóch stron.

Ta jego pionowość jak również zamykane na zamek okienko na górze ma spełniać funkcję między innymi turystycznego prysznica. A raczej osłony na prysznic. Przez to wspomniane okienko możesz sobie ustawić źródło wody.

I nalać ją do środka?

Drugą charakterystyczną cechą tego namiotu jest brak podłogi/dna/dolnej jego części. Ta funkcja nie tylko umożliwia wzięcie prysznica, lecz także ustawienia go jako turystyczną osłonę toalety.

Po co mi on?

Dla mnie jednak najbardziej atrakcyjną funkcją okazała się możliwość utworzenia błyskawicznej przebieralni w plenerze…i nie tylko w plenerze. Sprawdza się fantastycznie do szybkiej zmiany odzieży na sesji zdjęciowej lub na plaży.

Jakie są zalety mojego pop up tent?

Oprócz szerokiej funkcjonalności uwielbiam fakt, że zarówno złożony jak i rozłożony zajmuje bardzo mało miejsca.

Uwielbiam też jak szybko się rozkłada i składa.

A jakie są wady?

Jedyne co wyszło mi w tym namiocie na przeciw to to, że zajęło mi kilka dni rozszyfrowanie jak się go składa. Do namiotu jest dołączona ulotka z instrukcją, lecz dla mnie nie była ona zbyt jasna.

Jednak jak tylko odszyfrowałam składanie namiotu, nie mogłam uwierzyć jakie to proste. Na wypadek, gdyby ktoś utknął w podobnie irracjonalny sposób z problemem “jak go skręcić” nagrałam filmik na YouTube z krótkim instruktarzem.


Farbujemy papier na staro

Pofarbowany papier

Będąc w swoich trzydziestkach zdałam sobie sprawę, że nie wiem jak się farbuje papier. Tak wiesz…na staro. Czy w ogóle da się zafarbować taki zwykły papier do drukarki? Czy może potrzeba jakiś specjalny? No i oczywiście czym to zrobić? Doedukawałam się w tym temacie i postanowiłam podzielić wiedzą.

Ciągiem przypadków przyszło mi do głowy, że będę potrzebowała (a przynajmniej chciałabym mieć) stary papier i najlepiej z nutami do następnej sesji zdjęciowej.

Znalazłam taki papier o jaki mi chodzi na Ebayu i pomyślałam, że ok.. może 3 funty to nie jest jakaś ogromna suma, ale za 200g? Nagle taki papier staje się mega cenny, a ja nie chcę się bać go używać. Toteż uznałam, że musi być sposób, aby zrobić taki stary papier samemu w domu zdecydowanie mniejszym kosztem.

No i teraz… od czego zacząć.

Na początek bierzemy w obroty:

  1. Zwykły, biały papier do drukarki
  2. Naczynie, tak duże, aby zanurzyć kartki bez problemu
  3. 4 Torebki (ale w fusach też będzie ok) herbaty
  4. Wrzątek

Dodatkowo przyda się jakiś ręcznik, ewentualnie podkładka pod ręcznik, żeby niczego nie zalać. Ręcznik potrzebny nam będzie do suszenia kartek. W tej czynności również może się przydać piekarnik, nagrzany do 80 stopni C i wyłożony papierem do pieczenia (ja wyłączyłam termoobieg).

Piekarnik do pieczenia papieru

Krok 1 – herbata

Zalewamy herbatę wrzątkiem do około 1/3 lub 1/2 naczynia i czekamy aż trochę ostygnie. Następnie wkładamy pojedynczo kartki papieru. Od razu nic nie widać, więc lepiej dać im się chwile pomoczyć.

(Na moim filmie możesz obejrzeć cały proces. Tu jednak przyspieszę nieco rozwój wydarzeń.)

Krok 2 – moczymy

Żeby pofarbować papier musimy go trochę pomoczyć. Wyczytałam, że wystarczy kilka sekund, jednak mój papier wymagał przynajmniej kilku minut. Sprawy miały się z goła inaczej w przypadku kawy, ale o tym trochę dalej.

Krok 3 – suszymy

Następnie wyciągamy kartki, bardzo ostrożnie, aby się nie porwały. Jedna po drugiej i układamy w piekarniku lub/i na ręczniku do wyschnięcia.

Rezultat

Efekty na początku nie są zbyt zadowalające, bo i czas farbowania był dłuższy niż się spodziewałam i intensywność koloru mniejsza. Nie mniej jednak, gdy papier już wysechł to moim oczom ukazał się przepiękny, delikatny w kolorze, stary papier. Udało się i było warto spróbować.

Ale ale…

To jednak nie koniec. W trakcie zmagań farbowania papieru herbatą zastanawiałam się jak mogłabym poprawić ten proces. Na pomoc przyszła mi moja córka, która przechodząc obok moich eksperymentów rzuciła swobodnie “O, farbujesz papier…powinnaś spróbować z kawą.” 😀

Kawa czy herbata?

Uznałam, że nie poddam się i podejdę do tematu farbowania raz jeszcze. Zaparzyłam więc kawę (sypaną/mieloną) i taką gorącą wylałam do naczynia. Tym razem nie czekałam już na to, aby ostygła, bo zaczynałam się niecierpliwić. Ku mojej uciesze i największemu zdziwieniu objawiła mi się cała prawda o farbowaniu papieru. Trzeba mi było wybrać gorącą kawę, a nie zimną herbatę!

Kawa w dzbanku
Kawa w dzbanku

Czym szybciej farbować?

Na pewno szybciej farbowało się kawą, bo faktycznie tam wystarczyło tylko zamoczyć i już był efekt. Zastanawiam się jednak, czy słabszy wynik herbaty nie wynikał z jej niższej temperatury oraz być może mniej intensywnego naparu.

Jak spisywał się piekarnik?

Fantastycznie! Jak szukałam informacji na temat farbowania papieru, to przeczytałam, że piekarnik to “opcja dla leniwych” i nie rozumiem co ma to oznaczać. Fajnie i szybko suszy papier. Temperatura 80 stopni C, zdaje się być idealna.

Czy można na takim papierze drukować?

Owszem! I efekt jest przepiękny. ALE! Nie polecam, drukowania na papierze, który przed farbowaniem pognietliśmy, albowiem istnieje duże prawdopodobieństwo, że papier utknie w drukarce. Natomiast taki prosty (nawet jak się trochę powygina od wody i suszenia) nada się bez problemu.

Podsumowując

  1. Kawa i herbata się nadają
  2. Papier może się moczyć przez jakiś czas, nic się nie stanie
  3. Możemy moczyć więcej niż jedną kartkę na raz, ale upewnijmy się, że pomiędzy każdą jest roztwór (czyli zamaczajmy jedna po drugiej, a nie wszystkie na raz)
  4. Zwykły papier do drukarki nada się bez problemu
  5. Piekarnik jak i rozłożony ręcznik pomagają suszyć papier
  6. Pofarbowany papier nadaje się do drukarki, ale lepiej użyć tego, który nie był pognieciony
  7. Jeśli chcesz mieć dodatkowe plamy na kartkach, potrzymaj nowo namoczoną kartkę nad już suchymi. Spadające krople dodadzą dodatkowych plam.

A co można poprawić?

Powiedziałabym może, że zamiast poprawić raczej rozważyć takie czynniki jak:

  1. Temperatura roztworu może mieć wpływ na intensywność i czas farbowania (zimna herbata farbowała dłużej, niż gorąca kawa)
  2. Piekarnik mieści tylko kilka kartek na raz, ale spisuje się świetnie
  3. Intensywność roztworu herbaty może mieć wpływ na jakość farbowania. Mój roztwór zrobiony był z 4 torebek Tetley. Następnym razem użyłabym nawet dwa razy tyle
  4. Jeśli planujesz drukować na tym papierze, nie gnieć go przed moczeniem w roztworze. Może Ci on utknąć w drukarce.
  5. Roztwór z kawy zostawia intensywny zapach na papierze.

Mam nadzieję, że ten blog przydał się Wam i teraz już wiecie jak skutecznie pofarbować papier. Przepięknie wygląda on użyty do dekoracji, sesji zdjęciowych, czy może listów miłosnych.




Jak wyrobić polski paszport w UK?

mapa świata

Jeśli mieszkasz w Polsce to jestem prawie pewna, że nigdy nie przeszło Ci nawet przez myśl zapytanie “Jak wyrabia się polski paszport za granicą”. A ja dziś właśnie opowiem Ci, jak wyrabia się paszport w UK, a konkretnie w Szkocji.

Od czego zacząć?

Przede wszystkim musisz zacząć od zebrania ważnych dokumentów. Najważniejszym do zorganizowania myślę jest zdjęcie. Zastanów się… Jesteś za granicą.. gdzie możesz zrobić zdjęcie do paszportu? No właśnie. Sporo osób nie wie, bo to nie jest tutaj tak oczywiste jak w Polsce. Nawet JEŚLI zobaczysz gdzieś jakieś studio fotograficzne, to może ono być nieczynne, lub na umówione spotkania tylko. A to ze względu właśnie na to, że w tych studiach mało kto siedzi od do. One są używane w konkretnym celu, więc jeśli nie masz umówionego spotkania to możesz po prostu nikogo nie zastać.

travel the world

Gdzie oni są?

Wiesz dlaczego pokreśliłam słowo “JEŚLI”? Albowiem, mieszkam tu już ponad 12 lat i sama nie wiem czy jakiekolwiek studio fotograficzne rzuciło mi się w oczy tak z ulicy. Wiem, gdzie jest kilka, bo je “googlowałam”, ale to nie jest tak w Polsce, że na każdej ulicy jakieś jest, wchodzisz, zamawiasz, robisz, odbierasz, i dziękujesz (oby).

Więc?

Zazwyczaj zaczynasz szukanie pomocy w internecie, na mediach społecznościowych. Czy “ktoś coś”? Gdzie i jak i kiedy i za ile. A jeszcze jak Polak, czy Polka, no to fantastycznie…wchodzę w to, choćby nie wiem jak.

Tak, tu trochę sarkastycznie podeszłam do sprawy, ale nie mam nic złego na myśli. Po prostu tak jest. Jeszcze raz poproszę Cię o wyobrażenie sobie… gdzie masz zrobić zdjęcie do paszportu za granicą jak nie wiesz gdzie szukać… A jeszcze jak nie znasz języka to w ogóle.

Co później?

No dobrze. Udało Ci się zorganizować zdjęcie paszportowe… ale co dalej? No więc, musisz przeczytać na stronie danego kraju (w tym przypadku UK) jakie są wymagane dokumenty. Zazwyczaj są to: akt urodzenia, akt ślubu (jeśli osoba jest po ślubie), akt rozwodu (jeśli osoba jest po rozwodzie).

A co z dziećmi?

Zależy w jakim wieku jest dziecko różnie sprawy się mają. Jeśli chcesz składać wniosek o paszport dla dziecka to muszą być oboje rodziców i dziecko obecni w trakcie składania wniosku. Jeśli natomiast jeden z rodziców nie może się stawić, bo np mieszka w innym kraju to potrzebujesz jednego z poniższych dokumentów:

  • pisemną zgodę drugiego rodzica (opiekuna) zawierającą potwierdzenie własnoręczności jego podpisu przez notariusza, konsula lub uprawnionego przez wojewodę urzędnika oddziału paszportów,
  • prawomocne orzeczenie sądu, z którego wynika, że drugi rodzic (opiekun) nie ma prawa decydować w sprawie wydania dziecku paszportu,
  • prawomocne orzeczenie sądu, w którym sąd wyraża zgodę na wydanie paszportu dziecku bez zgody drugiego rodzica,
  • do orzeczeń sądów zagranicznych państw członkowskich UE należy załączyć oryginał świadectwa wydanego przez właściwy sąd, sporządzony na standardowym formularzu określonym w załączniku II do rozporządzenia Rady (WE) nr 2201/2003 z dnia 27 listopada 2003 r. dotyczącego jurysdykcji oraz uznawania i wykonywania orzeczeń w sprawach małżeńskich oraz w sprawach dotyczących odpowiedzialności rodzicielskiej, uchylajace rozporządzenie (WE) nr 1347/2000 (tzw. Bruksela II bis),
  • w przypadku orzeczeń sądów brytyjskich, jeżeli postępowanie sądowe zostało wszczęte przed 1 stycznia 2021 r., należy załączyć oryginał świadectwa C-60 wydanego przez właściwy sąd – https://www.gov.uk/government/publications/form-c60-concerning-judgments-on-parental-responsibility
  • odpis zupełny polskiego aktu urodzenia, z którego wynika, że ojciec dziecka jest nieznany (nie nastąpiło uznanie ojcostwa albo sądowe ustalenie ojcostwa),
  • odpis aktu zgonu drugiego rodzica.

(źrodło: https://www.gov.pl/web/wielkabrytania/paszport-dla-dziecka-do-lat-5)

Ponadto dziecko do 5 roku życia nie musi być obecne przy składaniu wniosku, po ukończeniu 5go roku życia już tak.

Jak to wygląda?

Mieszkając w Szkocji, mam tu dwa punkty paszportowe. Jeden w Edynburgu, czyli mniej niż godzina jazdy samochodem i drugi w Inverness, czyli ponad 3 godziny jazdy samochodem. Oczywistym zatem jest, że składałam wniosek w Edynburgu.

Ale zaraz zaraz…

Jeśli myślisz, że ot tak po prostu pojedziesz sobie kiedy Ci pasuje i złożysz wniosek, to jesteś w tak głębokim błędzie jak nie przymierzając rów mariański.

Otóż, aby Twój wniosek został przyjęty, musisz się najpierw umówić na wizytę w systemie online. Tenże system wg mnie został wymyślony przez kogoś, kto nie lubi ludzi. Najpierw musisz zacząć od tego, aby znaleźć odpowiednią zakładkę na stronie konsulatu, na której będziesz później koczować, aby chwycić wolny termin. Następnie ustawić się w odpowiednich godzinach na tejże zakładce, albowiem wolne terminy (tu trochę popłynęłam myślę używając liczby mnogiej) POJAWIAJĄ SIĘ (kiedyś o 8.00, a teraz) o 9.00 i o 20.00. Rano chwytasz dostępne minuty na następny dzień, a wieczorem na następny tydzień. Nie masz wyboru tylko bierzesz co dają… ehym ehym. Mało tego, musisz się trochę obeznać w tym ‘bierzesz’. Jeśli nie jesteś zbyt czujny/na to nawet nie zobaczysz wolnego terminu.

XXI wiek

Żeby cokolwiek dojrzeć, niczym odczytać zaczarowany atrament, musisz odświeżać stronę w trybie ‘non stop’. Od tak mniej więcej 7 lub 5 minut przed (mnie się tak właśnie udało – kilka minut wcześniej). Jak poczekasz do okrągłej godziny to raczej nic z tego nie będzie. Jeśli nie będziesz odświeżać to raczej nic z tego nie będzie. Nie będziesz nawet o tym wiedzieć, po prostu nic się nigdy nie pojawi.

W prostocie siła?

Nie wiem kto projektował taką stronę i taki system, ale wg mnie jest on najdziwniejszym jakikolwiek w życiu widziałam. Nie widzisz nawet kalendarza, nic nie jest na żywo interaktywne. Nie możesz się też z nikim zamienić, bo jak klepiesz swój termin to podajesz indywidualne dane, które później otwierają Ci drzwi do przyszłego paszportu. A, i tu jeszcze jeden rodzynek. Czasem jest zanim zdążysz wpisać te dane i nacisnąć “dalej” to ten termin już nie jest aktywny…

Mam termin, będzie paszport!

No więc tak.. Teraz musisz sprawdzić jakie dokumenty potrzebujesz. I ok, lista jest na stronie.. standardowo: akt urodzenia, akt małżeństwa lub rozwodu i co tam jeszcze chcą – w sensie, co dotyczy Twojej sytuacji (bo przecież jeśli nie masz ślubu to nie masz też jego aktu, a już tym bardziej rozwodu), także lepiej sprawdzić na własną rękę co musisz mieć. (Link do Polskiej Ambasady w Edynburgu.) Potrzebujesz mieć też wypełniony wniosek o paszport. Opłaty dokonuje się na miejscu przy składaniu wniosku.

Blankiet paszportowy

UWAGA!

Powiem Ci coś o czym ja nie wiedziałam i na stronie nigdzie też nie jest to napisane, ale! Taka zgoda nieobecnego rodzica ważna jest tylko 6 miesięcy. Jak wyrabiałam paszport dla mojej córki minęło 8 miesięcy i jak mi to powiedziano w okienku (po tym wszystkim co już przeszłam) to zbladłam. Ale Pani mnie obsługująca zaakceptowała to co miałam. Powtórzę się…..NIGDZIE NIE MA NA TEN TEMAT WZMIANKI!

Jakie są koszty?

Tu jest ta wisienka na torcie. Jeśli kiedykolwiek (a domyślam się, że skoro jesteś za granicą to tak) przyszło Ci wyrabiać paszport w Polsce to będziesz mieć porównanie cenowe.

  • Paszport dla dziecka do 5 roku życia kosztuje: £32 i jest ważny 5 lat.
  • Od 5 do 13 roku życia: £32 i jest ważny 5 lat.
  • Dziecko powyżej 13go roku życia: £50 i jest ważny 10 lat. Przy czym jeśli paszport będzie zgubiony lub zniszczony, naniesiona będzie wtenczas dodatkowa opłata £297 (tak, dwieście dziewiędziesiąt siedem funtów).
  • Osoba dorosła: £99.

Możesz skorzystać z 50% ulgi, jeśli:

  • jesteś uczniem albo studentem,
  • jesteś emerytem,
  • jesteś rencistą,
  • jesteś osobą niepełnosprawną w rozumieniu przepisów ustawy z dnia 27 sierpnia 1997 r. o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych,
  • utrzymuje Cię Twój małżonek, który jest emerytem, rencistą albo osobą niepełnosprawną w rozumieniu przepisów ww. ustawy,
  • przebywasz w domu pomocy społecznej albo w zakładzie opiekuńczym,
  • dostajesz stały zasiłek z pomocy społecznej,
  • jesteś kombatantem lub inną osobą, do których stosuje się przepisy ustawy z dnia 24 stycznia 1991 r. o kombatantach oraz niektórych osobach będących ofiarami represji wojennych i okresu powojennego,
  • jesteś członkiem rodziny wielodzietnej w rozumieniu ustawy z dnia 5 grudnia 2014 r. o Karcie dużej Rodziny posiadającym Kartę Dużej Rodziny.

Pamiętaj! Jeśli chcesz skorzystać z ulgi w opłacie konsularnej – przedstaw w momencie składania wniosku do wglądu dokument potwierdzający uprawnienie do skorzystania z ulgi.

Nie zapłacisz za wydanie paszportu, jeśli:

  • w dniu złożenia wniosku masz ukończone 70 lat,
  • przebywasz w domu pomocy społecznej albo w zakładzie opiekuńczym, a wyjazd za granicę jest związany z Twoim długotrwałym leczeniem albo operacją,
  • dostajesz stały zasiłek z pomocy społecznej, a wyjazd za granicę jest związany z Twoim długotrwałym leczeniem albo operacją,
  • twój paszport ma wadę techniczną.

(źródło: https://www.gov.pl/web/wielkabrytania/paszport-dla-osoby-doroslej)

Jak mam odebrać paszport?

Możesz odebrać paszport osobiście jak już będzie gotowy. Przy składaniu wniosku dostajesz instrukcje jak masz to sprawdzić. Możesz też jednak poprosić, aby Ci ten paszport wysłano pocztą do domu.

Tak po prostu?

W Polskich urzędach nigdy nic nie jest tak po prostu! Żeby paszport mógł zostać wysłany do Twojego domu, musisz przed wizytą w konsulacie kupić na poczcie kopertę. To jednak nie może być taka pierwsza lepsza koperta tylko specjalne, która przewrotnie nazywa się ‘special delivery’ i kosztuje około £5. Jest to szara, foliowa koperta, z góry opłacona. W dedykowanym miejscu wpisujesz markerem swój adres i dołączasz ją do wniosku i reszty dokumentów. Masz wtedy pewność, że paszport będzie bezpiecznie wysłany.

Koperta na paszport

Ile się czeka na polski paszport?

Wg konsulatu na paszport czeka się od 4 do 6 tygodni. Ja jednak jestem pewna dostałam mojej córki po 2-3 tygodniach. Przynajmniej ten punkt był sprawny.

A teraz…

Pozostaje Ci tylko planować wakacje. Postarać się zapomnieć o tych traumatycznych przeżyciach i wyciągnąć wnioski z doświadczenia.

Polecam jeśli ma się taką możliwość oczywiście, wyrobić paszport w Polsce. Jeśli tylko po to miałoby się tam lecieć to może jednak nie, ale jeśli się bywa regularnie w swoim rodzinnym mieście to jak najbardziej. Omijaj polski konsulat za granicą jak tylko możesz.



Kiedy patrzysz na nowe spodnie i myślisz…jasna cholera jakie wielkie

Okładka blogu o samoakceptacji

Kiedy patrzysz na nowe spodnie i myślisz…jasna cholera jakie wielkie, czyli tym razem opowiem Wam o samoakceptacji.

Prawda w oczy kole?

Samoakceptacja, huh? Trudna sprawa. Czy zdarzyło Ci się kiedykolwiek stanąć przed lustrem, lub nawet popatrzeć na swoje ubrania i uznać, że Twoja figura jest (delikatnie rzecz ujmując) nie taka jaką być “powinna”. Szczerze mówiąc nie wiem czy uwierzyłabym Ci, gdybym usłyszała, że nie…albo uznałabym, że musisz mieć zajebistą figurę…a już na pewno na końcu przyszłoby mi do głowy, że się najzwyczajniej w świecie lubisz.

Trawa u innych jest zawsze bardziej zielona

No właśnie. Dlaczego jest tak, że tak rzadko lubimy nas samych? Albo to jak wyglądamy, albo to jak coś robimy. To takie niesprawiedliwe, zwłaszcza wtedy kiedy lubimy te cechy u innych. A czy kiedykolwiek zastawiałeś/aś się czy ta osoba też się taką widzi jak my widzimy ją? Zgaduję, że tak nie jest. A my z boku możemy się tylko zastanawiać z czego to wynika.

Ach te wspomnienia

Jak byłam dzieckiem, moja mama mi zawsze mówiła, że zawsze była szczupła (zgadza się), a po trzecim dziecku (czyli po mnie) przytyła i już tak została. Tyle razy to słyszałam i to w takim dziwnym kontekście, że byłam wręcz przekonana, że to jest transakcja wiązana, czyli trzecie dziecko równa się nadwaga. I wiesz co? Ja po moim trzecim dziecku tak nabrałam wszystkiego, że na wadzę jestem większa niż gdy byłam w 9tym miesiącu ciąży.

Afirmacja?

Czy wierzysz w afirmację? Ja tak. (Opowiem o niej więcej niedługo.) Zastanawiam się w jakim procencie to, że nie mogę zrzucić wagi zależne jest od mojej głowy, która wciąż mi powtarza, że jestem gruba, (a jednocześnie tłumaczy to trójką dzieci,) a moim stylem życia, dietą i aktywnością fizyczną?

Możesz powiedzieć to jasne jak słońce. Bez pracy nie ma kołaczy. Nie ćwiczysz, obżerasz się śmieciowym jedzeniem to jesteś gruba. Ale jeśli tak… to dlaczego każdy powtarza nam, że powinniśmy każdą zmianę zaczynać od głowy? Wyobraź sobie, że próbujesz zrobić coś co sprawia Ci trudność. Chcesz to zrobić, ale wciąż sobie powtarzasz, że Ci się nie uda. Jak myślisz kto wygra?

Afirmacja

Dobry czy zły?

To tak jak w tej przypowieści o wilku, że wygra ten, którego karmisz. W moim przypadku akurat nie jem śmieciowego jedzenia ani słodyczy (cukru do słodzenia nie używam w ogóle od lat), a moją obsesją są sałatki (nie majonezowe) z sałaty, pomidorów, ogórka itp. Faktem, jest, że najwięcej czasu spędzam w pozycji siedzącej, jednak od kilku tygodni zabrałam się za ćwiczenia. Te ostatnie głównie sprzyjają temu, że oczyszcza mi się głowa i zaczynam widzieć siebie taką jaką jestem. Piękną.

Afirmacja

Dlaczego zawsze z opóźnieniem

Pomyślałam, że jak to jest, że jak patrzę na swoje zdjęcia sprzed roku to zawsze widzę szczupłą, piękną dziewczynę a na tą w lustrze już niekoniecznie? I tak się dzieje od lat, że ta sprzed roku dalej właśnie tak wyglada, lepiej.

Me then, me now
(obrazek znaleziony na Facebooku)

Nie jest to blog medyczny. Nie jestem też dietetykiem ani znawcą fitnessu. Jestem kobietą, która czasami zmaga się z samoakceptacją. Uznałam, że czas najwyższy na to, żeby zacząć siebie lubić teraz, bo jak z mojego doświadczenia wynika to “później” jest wieczne, czyli nigdy tutaj. Później, czyli nie teraz, a ja chce teraz.

Można pracować nad samoakceptacją

Jest kilka sposób na to jak można pomóc swojej głowie zaakceptować nasz wygląd.

Po pierwsze zaakceptuj to czego nie możesz zmienić. W dzisiejszych czasach to brzmi prawie jak mit, że jest coś czego zmienić nie można, ale zakładam, że nie każdy może sobie pozwolić na kosztowne operacje plastyczne czy zabiegi. Na przykład nos. Nie masz pojęcia jak ciężko mi się żyło z moim nosem w podstawówce. A wiesz czemu? Bo inne dzieci mi wciąż powtarzały, że jest wielki, garbaty i wyglądam jak gargamel. Długo nienawidziłam swojego nosa. Jednak jak w końcu zdałam sobie sprawę, że po pierwsze wcale nie jest taki duży a po drugie realna jakość mojego życia nie zależy od tego jak wygląda mój nos zaakceptowałam go, a później nawet polubiłam, bo jest czymś co mnie charakteryzuje.

Po drugie, mów do siebie z szacunkiem i uważaj na to co słyszysz w swojej głowie. Ile razy zdarzyło Ci się powiedzieć…”nie potrafię tego zrobić”, “z takim wyglądem nikt mnie nie zechce” lub “nigdy mi się to nie uda”. A jakby tak ten jadowity język zastąpić pozytywną afirmacją i zamiast “nie potrafię” powiedzieć sobie, “co stoi na przeszkodzie? od czego trzeba by zacząć? potrafię! mogę wszystko!”. Brzmi banalnie? Uwierz mi, że to jest pierwszy, podstawowy, bazowy, krok do tego, żeby cokolwiek w sobie zmienić. Zmienić to w jaki sposób do siebie mówimy.

Jak się nie będziesz szanować to nikt Cię nie będzie szanować. Takie słowa zawsze słyszałam od swojej mamy. Jako dziecko brałam je nawet za trochę obraźliwe, bo jak to? Ja się nie szanuję? Ale dopiero jako dorosła zrozumiałam ich cało wymiarowość. I wiesz co? To się tyczy tego co napisałam wyżej. Traktuj siebie z szacunkiem i inni też będą Cię tak traktować. Przychodzi mi tutaj na myśl cytat z Alechemika, Paulo Coelho: “I kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu.”

Lubię siebie

Działaj!

Zgodnie z tą myślą, wymierz sobie realny plan działania. Co musisz zrobić, żeby zmienić to czego nie lubisz. Jeśli chcesz osiągnąć konkretny cel to zastanów się, czego musisz robić więcej a czego mniej. A może musisz przestać coś zupełnie, albo zacząć coś czego nigdy wcześniej nie robiłeś/aś? Kluczem jest, aby być szczerym ze sobą. Nawet jakby się chciało trochę oszachraić, to pamiętaj, że nikt inny tylko Ty wiesz co myślisz. A jeśli masz problem z tym co myślisz to wróć się o 3 paragrafy.


Polski angielski, czyli dlaczego anglojęzyczni nas nie rozumieją

Polski angielski

Czy wiesz, że jest wiele odmian języka angielskiego? Możliwe, że jeśli mieszkasz w Polsce to nigdy na to nie zwróciłeś/aś uwagi. Samo mieszkanie w Polce nie jest wyznacznikiem braku tej wiedzy. Po prostu przeciętny Polak na codzień nie musi rozmawiać z obcokrajowcami, prawda? Filmy w telewizji też są tłumaczone przez jednego lektora i mimo, że słychać za nim głos aktorów, to skąd my mamy w sumie wiedzieć z jakim akcentem oni mówią?

Czy to znaczy, że jest więcej odmian angielskiego?

Otóż tak! Najbardziej popularnymi odmianami języka angielskiego są:

  • Brytyjski angielski (BRITISH ENGLISH)
  • Amerykański angielski (AMERICAN ENGLISH)
  • Kanadyjski angielski (CANADIAN ENGLISH)
  • Australijski angielski (AUSTRALIAN ENGLISH)
  • Szkocki angielski (SCOTTISH ENGLISH)
  • Walijski angielski (WELSH ENGLISH)
  • Irlandzki angielski (IRISH ENGLISH)
  • Nowozelandzki angielski (NEW ZELAND ENGLISH)
  • Południowo-afrykański angielski (SOUTH AFRICAN ENGLISH)

(źródło: https://supertlumaczenia.pl)

Do you speak English?

Czyżby?

Lista nie jest skończona. Jednak ja bym do tej tutaj dodała jeszcze polski angielski (POLISH ENGLISH). A to dlatego, że Polak za granicą brzmi tak, że od razu wiadomo, że jest z Polski.

Czyli jak?

Czym się sygnalizuje Polski angielski? Nawet nie tak jak mogłoby Ci się wydawać złą gramatyką. Wiele obcokrajowców mówi z mniej lub bardziej poprawną gramatyką. Szczerze? Nawet anglojęzyczni często nie mówią z poprawną gramatyką tylko z lokalnym dialektem lub slangiem. Tu jednak chodzi o to jak my wymawiamy słowa po angielsku.

Czyja to wina?

Nie mam w zwyczaju pokazywać palcem winnego, lub w ogóle myśleć w taki sposób, że ktoś jest czemuś winny w naszym życiu. Jenak trudno jest mi zrozumieć, dlaczego tak nas nauczono w szkole?

Angielskiego uczyłam się od 4 klasy podstawówki, czyli od mniej więcej 10roku życia, czyli od około 1998 roku. Później miałam angielski przez 3 lata gimnazjum, a następnie 3 lata liceum. Moja klasa w liceum miała profil z rozszerzonym angielskim i (jak się dowiedzieliśmy w drugiej klasie) biologii. Maturę ustną zdałam na 75% w 2007 roku. (Pisemną na 70% – a pisać jak się później miało okazać też nie umiałam.) To może mi ktoś wytłumaczyć dlaczego, żaden nauczyciel nigdy nie zwrócił mi uwagi, że np. słowo “birthday” (czyli “urodziny”) nie wymawia się >birsdej< tylko >byrthdej

Damage control (naprawa szkód)

Poprawnej wymowy niektórych słów nauczyłam się w praktyce mieszkając w Glasgow. Chyba jednym z pierwszych takich zawstydzających momentów było, kiedy do obcokrajowca (czyli “tubylca”) zamiast powiedzieć Lamborgini (piszemy: Lamborghini), powiedziałam Lambordżini. Mój przyjaciel Szkot zwrócił mi wtedy uwagę, że to nie jest poprawna wymowa. Wiesz jak dla mnie brzmiało “Lamborgini”? Tak jak teraz “Lambordżini”. Absurdalnie.

Czy to jest naprawdę takie ważne?

Możesz sobie pomyśleć, no dobra, ale co to w sumie za różnica. Przecież to jest nasz drugi język i nie musimy go znać tak jak ten pierwszy, bo to jest drugi. A kto chce może przecież iść na filologię angielską czy inny anglojęzyczny kierunek i dopracować te wszystkie niuanse. No więc i tak i nie. Przypomnij sobie kiedy w przedszkolu lub w pierwszej klasie podstawówki przerabiałeś/aś “Elementarz”. Czy pamiętasz jak nauczyciel ćwiczył jak wymawiać polskie głoski takie jak: ą, ę, ć, ch, ś, sz, rz, ń, ł, ż, ź, dź, dż? Pamiętasz jak tłumaczył które to są głoski miękkie, które to twarde, a które nosowe?

Zakładam, że tak, a jeśli nawet nie pamiętałem/aś to może właśnie sobie przypomniałeś/aś. A czy pamiętasz jak nam tą wymowę korygowano, jak na przykład mówiliśmy “z niom” zamiast “z nią”. Przecież te różnice w wymowie są bardzo wyraźne. No dobra, ale co to ma z angielskim? Otóż to, że języka polskiego uczono nas tak, że powinniśmy go znać, a angielskiego tak, że ewentualnie możemy, ale nie musimy. A przecież można było go uczyć tak, żeby było jak trzeba.

Poprawna dykcja czy nadgorliwość?

Dlaczego od samego początku nikt nie stawiał nacisku na poprawną wymowę takich głosek jak “th”, “ing”, czy końcówek wyrazów, żeby wyraźnie powiedzieć “crab” i “crap”, tak, żeby obcokrajowiec nas zrozumiał? Jeśli Ty mówisz po angielsku, to czy jesteś w stanie zauważyć na czym polega różnica w wymowie między tymi dwoma ostatnimi?

Uwierz mi, że nikt anglojęzyczny mówiąc jakikolwiek czasownik zakończony na -ing (singing, drinking, dancing, itd.) nie wymawia na końcu literki -g, tak jak to każdy Polak wymawia (mówią: singin, drinkin, dancing, itd.). Ta jedna zmiana zmiękczyłaby nasz tak twardy i wyraźny akcent już na samym początku i bardzo ułatwiła porozumiewanie się.

Koszmar o nazwie “th”

Mieszkam w Glasgow na ten moment ponad 12 lat a to jak poprawnie wymawiać głoskę “th” nauczyłam się dopiero kilka dni temu przy pomocy YouTube. Dwojako, po pierwsze tak naprawdę usłyszałam siebie jak mówię po przesłuchaniu swoich własnych nagrań; a po drugie natrafiłam na filmik, który wyjaśnił mi to, co robię źle. (American English with Dave – How to Make the “th” Sound in English.)

Pomyślałam sobie oglądając ten filmik, że “phi, już od dawna umiem powiedzieć >birthday< tak jak trzeba”, ale zaraz zaraz… a co z: mother, father, this, thursday i tak dalej? Już nawet nie wspominając o “thank you”. Jak to jest, że niby wiedząc, to jednak każde słówo zawierające “th” brzmi inaczej? Czyli mniej więcej tak: mader, fader, dis, fursdej, i ostatnie to zależy kiedy, bo raz brzmi: >tenk ju<, a raz >fank ju<. Chociaż o zgrozo słyszałam też jak niektórzy mówią “senk ju”.

polski angielski

Matko i córko. Jak to jest możliwe, że podczas kilku minut jednego filmu na YouTube jest się w stanie zrozumieć i zaaplikować tą wiedzę, a przez 9-10 lat nauki języka w szkole pod okiem “specjalisty” nikt nie zwrócił na to uwagi, ani nie skorygował?

Takie przemyślenia jednak sprawiają, że mam ochotę kogoś za to obwinić, bo jako dziecko, lub zwyczajnie osoba ucząca się nowego języka nie jestem świadoma co robię źle. To nauczyciel powinien po pierwsze nauczyć poprawnie, a jeśli uczeń popełnia błąd – zwrócić mu na to uwagę.

A Ty? Co o tym myślisz?

 


Jeśli wolisz mnie posłuchać to zapraszam do obejrzenia filmu na ten temat. 


Ostatnie wpisy:

Dlaczego nagrywam audiobooki dla swoich dzieci?

Czy zdażyło Ci się kiedyś myśleć o przyszłości? Pewnie tak, bo przecież my wszyscy w jakiś sposób o niej myślimy. Mnie także. W sumie często o niej myślę. Mam troje dzieci i nad różnymi sprawami nieustannie się zastanawiam. Jaki to ma związek z audiobookiem? Czytaj dalej, opowiem Ci.

<img loading=
Home is where the heart is

Rozkminy o życiu, czyli takie tam

Naszło mnie kiedyś takie raczej skomplikowane rozmyślanie. O zdrowiu, o czytaniu, o tym jak moje dzieci zostają np u babci na noc, albo jakby miały kiedyś zostać w razie weekendu za miastem z dorosłymi lub jakiekolwiek innego powodu. Jeśli masz dzieci to pewnie wiesz, że zdarza się, że dziecko teraz, już, nagle i bezapelacyjnie potrzebuje mamy. Nie zawsze jest to możliwe, aby się przeteleportować lub rzucić wszystko, prawda?

<img loading=
Moja baza do nagrywania audiobooka

Kiedy dopada Cię hipochondria…

Nachodzą mnie też myśli o zdrowiu, a właściwie o tym, że nie mam jak go sprawdzić. Mieszkam w Szkocji i tutejszy system zdrowotny jest żałosny. Nie ma czegoś takiego, że chciałoby się pójść na widzi mi się i sprawdzić krew czy cokolwiek innego. Nikt tego dla Ciebie nie zrobi. Chyba, że masz konkretny powód.. Symptomy. Wiecie do czego to doprowadza? Do hipochondrii!

Kolejnym aspektem, który przeciął tą plątaninę myśli jest fakt, że jestem osobą wysoko wrażliwą i bardzo empatyczną, a co za tym idzie potrafię zaabsorbować czyjeś … praktycznie wszystko. Na przykład jak czytam czyjeś historie lub słucham ich, potrafię tak bardzo wczuć się w sytuacje tej osoby, że czuje ją na sobie. Możesz powiedzieć, ale to chyba dobrze, prawda? No i tak i nie, bo jeśli czytam historię Anny Przybylskiej i sama mam 3 dzieci, partnera i 33 lata, to już nie jest to takie przyjemne. Swoją drogą ciekawe jest to, że łatwiej nam absorbować czyjeś problemy niż sukcesy…bo o te drugie zazwyczaj czujemy (mniejszą lub większą) zazdrość. To nie musi być nawet ta typowa zła zazdrość, w której życzymy komuś porażki, ale może to być taka, w której chcielibyśmy, aby to nas spotkało.

<img loading=
Mój towarzysz. Ukochany piesek mojego synka o imieniu Blue.

Co to ma wspólnego z audiobookiem?

No dobrze, ale co ma piernik do wiatraka, prawda? No właśnie to, że jak się połączy to wszystko w jedno to nachodzi jedna myśl. Co mogę zrobić, żeby moje dzieci miały mnie obok, nawet jak mnie obok nie będzie. Z różnych względów. Pomyślałam między innymi o tym, że będę się nagrywać jak czytam dla nich książkę.

Zaczęłam od nagrywania nas czytających do snu. Nawet przeczytaliśmy w taki sposób całą książkę Kubusia Puchatka. Filmiki były podzielone na rozdziały/historie i wrzuciłam je na nasz prywatny kanał na YouTube, żeby w razie jakby kiedykolwiek chciały, mogły sobie taki filmik włączyć. Teraz czy za jakiś czas.

Muminki? Nie!

Przy Muminkach sprawa zaczęła wyglądać już nieco inaczej, a to dlatego, że moi chłopcy są głownie anglojęzyczni, a książka o Muminkach jest po polsku. Celowo taką kupiłam. Jednakże są to opowiadania dość długie i używające mnóstwa nowych słów, a ilustracje są tylko czarnobiałymi zarysami. Dzieci mimo ogromnych starań ostatecznie się nudziły nie rozumiejąc o czym czytam, ani nawet nie mogąc zawiesić oka na jakimś kolorowym obrazku.

Audiobook? Tak!

Stres, który zaczął mi towarzyszyć przy nagrywaniu filmików, żeby nikt nic nie mówił, żeby leżał i słuchał (a oni nie chcieli) kłócił się z zamysłem czytania do snu, co powinno być czynnością relaksującą i przyjemną. Uznałam, że nie będę ich i siebie męczyć i tym razem zmienię formę. Zaczęłam nagrywać rozdziały książki w formie audiobooka. Wciąż się tego uczę. Póki co, każdy rozdział ma inne brzmienie (pod względem technicznym), ale jak na pierwszy raz nie jest źle.

<a href="dlaczego-nagrywam-audiobooki-dla-swoich-dzieci.html">
<img loading=
Nagrywam audiobooka

Tak bardzo cieszy mnie ten pomysł, a zarazem uspokaja, że wart jest przejścia tej ekstra mili i podarowaniu dzieciom pamiątki od mamy. Bo dlaczego nie?


Zapraszam Cię do dołączenia naszej społeczności na Facebooku i Instagramie, aby żaden wpis Ci nie umknął.


a MOŻE WOLISZ POSŁUCHAĆ:

Czterolistna koniczyna

Zanim zapytam Cię czy udało Ci się kiedykolwiek znaleźć czterolistną koniczynę, zapytam najpierw czy wierzysz w znaki?

Symbol

Otóż to. Czterolistna koniczyna od wieków była uznawana za symbol. Symbol czego? No oczywiście szczęścia. A ja jak każdy, a przynajmniej każdy kto się do tego umie przyznać poszukuję szczęścia, albowiem jak śpiewała niegdyś Anna Maria Jopek… “Bo szczęście to przelotny gość. Szczęście to piórko 
na dłoni, co zjawia się, gdy samo chce i gdy się za nim nie goni.”

Pewnego wrześniowego (2020) dnia, a właściwie późnego popołudnia nie potrzebowałam właściwie niczego więcej do szczęścia. Był przepiękny zachód słońca, a ja i moich dwóch synków wybraliśmy się na spacer wzdłuż pobliskiego lasu. W promieniach ciepłego słońca puszczaliśmy wielkie bańki mydlane, a później je oczywiście łapaliśmy.

Znak czy jak?

Nie jestem w tej chwili pewna jak to się stało, że w ogóle zaczęłam patrzeć na dół na przyścieżne rośliny. Bardzo możliwe, że była to jedna z tych chwil, kiedy moje chłopaki przyglądali się pracowitym bączkom lub szukali gąsienic. Nie mniej jednak, ja w pewnym momencie coś zauważyłam. Patrzę i wierzyć mi się nie chce! Koniczyna! Ale jaka?! Czterolistna! Oh, w głowie miałam “My preciousss..” Pierwsze co pomyślałam, że to znak. Bo tak mam. Wierzę w znaki i bardzo lubię tą cechę u siebie.

<img src=“image.jpg” alt=“czterolistna koniczyna potwierdzona przez aplikację” title=“Rezultaty sprawdzania autentyczności”>
Moja kochana, szczęśliwa i pierwsza!

Bardzo szybko dopisałam sobie czego znak to może być. A mianowicie od jakiegoś czasu przed tym radosnym wydarzeniem planowałam założyć kanał na YouTube, ale wciąż coś stawało mi na drodze. A to brak tematu, a to brak doświadczenia, a to nie wyglądam dziś za dobrze, a to nie mam tzw. instagramowego kącika do nagrywania. Wiecie jak to jest. Zawsze coś, żeby nic.

Czy to aby na pewno koniczyna?

Ha! Szczęście moje było przeogromne, więc postanowiłam się nim podzielić. Jednak i mnie naszły wątpliwości, czy aby to co trzymam w dłoni to jest w ogóle koniczyna. Oczywiście, czasy nam na to teraz pozwalają, więc ściągnęłam sobie jakąś mądrą przyrodniczą apkę, załadowałam zdjęcie i okazało się, że tak. Tak! To jest jednak koniczyna, z czym jednak widzowie mojego insta story się nie zgodzili :D. Nic tam. Ja i tak wiem swoje.

Tego samego wieczora, pojechałam do swojego studia i nagrałam pierwszy filmik, który możecie zobaczyć tutaj:

Jedyne czego ewentualnie żałuję to to, że jej sobie nie zasuszyłam. Od dziecka nie suszyłam kwiatów (chyba, że jesienne liście z moimi dziećmi) i zupełnie nie przyszło mi to do głowy. Prawdopodobnie w ogóle by nie przyszło, gdyby nie to, że dowiedziałam się dzisiaj, iż czterolistną koniczynę, gdy się ją znajdzie należy wysuszyć i włożyć sobie do portfela na szczęście. Może następnym razem!

Teraz się mogę zapytać. Udało Ci się znaleźć czterolistną koniczynę? Co myślisz o tej mojej?