Wild Wild Syf, czyli bardzo brudny zachód

Myśląc o krajach zachodu zazwyczaj wyobrażamy sobie cuda niewidy. Wiecie o co mi chodzi, wszędzie jest lepiej tylko nie tu. A czy kiedykolwiek zastanawiałeś/aś się jak wygląda Polska dla ludzi przyjezdnych? Nie mam na myśli tylko obcokrajowców, lecz wszystkich, którzy przyjeżdżają do Polski po jakimś czasie nieobecności.

Nowa Polska

Powiem Ci. Wygląda czysto. Wygląda nowocześnie. Tej Polski, która była w 2008 roku, kiedy ja wyjeżdżałam po raz pierwszy już nie ma. Nawet tak mała miejscowość jak Dębno (woj.zachodniopomorskie) bardzo się rozwinęła od tamtego czasu. Nie zrozum mnie źle, ja wiem, że są takie miejsca, w których czas się zawiesił i to bardzo dawno temu. Nie mniej jednak, ogólnie – Polska jest miejscem o którym dumnie mówi się za granicą polecając w niej wakacje. (Wiem, co myślisz…wakacje to nie to samo co mieszkać tutaj. Zostawię to na inny blog.) Szkoda, że Polacy mieszkający w Polsce nie są w stanie tego zobaczyć, a wciąż mimo wszystko marzą o zachodzie nie widząc jak piękny mają kraj. Jednak nie o tym jest ten blog.

Stare Glasgow

Jedną z tych rzeczy, do których nie mogę się przyzwyczaić w Glasgow to to jak brudne są tutaj ulice. Jak stare są pomieszczenia urzędowe i szkoły. Jak na pozór ogromne, zachodnie miasto wieje brudem i starością. Nie mam tu na myśli nawet miejsc zabytkowych, nie nie.

Jak sobie pościelesz tak się wyśpisz

Weźmy na tapetę jedno z nowych osiedli w Glasgow. Jest to małe osiedle domków jednorodzinnych, które należą do Glasgow Housing Association, czyli na spółdzielni mieszkaniowej. Domki mają niespełna 6 lat, czyli są w sumie nowe. Mieszkają w nich ludzie (w tym przypadku przynajmniej), którzy mieszkali poprzednio w budynku, który został przez miasto wyburzony i wszyscy mieszkańcy przeniesieni do nowych mieszkań.

Stare psy, nowe sztuczki?

I teraz tak. Przechodzisz między takimi domkami i jedyne co myślisz to, że “możesz człowieka wyciągnąć z syfu, ale syfu z człowieka nie”. Nie uwierzyłbyś/abyś jak brudno jest na tutejszych osiedlach. To, że mówię o nowym osiedlu ma za zadanie zobrazować, że wcale nie chodzi o stare i zapomniane, ale tamtejsze też takie są.

Przez tyle lat mieszkając tutaj nie jestem w stanie się do tego przyzwyczaić, że dzieci (i dorośli!) opakowania zamiast do śmieci rzucają pod siebie. Wielokrotnie widziałam jak ludzie stojąc na światłach w środku miasta otwierają okno i wywalają co tam mają (butelki, opakowania po chipsach, itd) za okno, na ulicę, na pobocze, na żywopłot.

Bałagan przy światłach

Higieny należy uczyć od dziecka

Pamiętam, że jak byłam w podstawówce robiliśmy akcje “sprzątanie świata”. Chodziliśmy wtedy całą klasą, z nauczycielami w różne obszary naszego miasta (każda klasa miała jakiś inny teren) i sprzątaliśmy. Czarne worki i rękawiczki. Wtenczas nawet nie było tych takich podnośników, a przynajmniej my nie mieliśmy. Nikt tego nie lubił, wiadomo, śmieci, ble, brudne, ble, fuj, itd.

System motywacyjny

Następnie wracaliśmy do szkoły i robiliśmy raport (każdy indywidualnie) z akcji. Po czym nasze prace były wysyłane na konkurs przyrodniczy i już wspólnie jako szkoła walczyły o najczystszą.

Tutaj czegoś takiego nie ma. Jako, że moja córka już jest w 4 klasie liceum, to mogę śmiało powiedzieć, że nigdy nic takiego nie miało miejsca. Jedyne co może tyle razy ile jest palców u jednej ręki sprzątali po sobie boisko szkolne. Zawsze coś, ale to jednak nie to samo. Sprzątanie po sobie po przerwie jest czymś tak oczywistym jak użycie papieru toaletowego, czyż nie?

Edukacja podstawą

To o czym ja mówię to brak edukacji jak dbać o środowisko. Co prawda w szkole powinni segregować śmieci, ale żadne dziecko nie wie zbyt wiele więcej co się z tymi śmieciami dzieje, ani dlaczego powinni je segregować. Sama się o tym przekonałam w college podczas zajęć o dbanie o środowisko. Smutne prawda?

Trzymajmy kciuki

Pozostaje jednak mieć nadzieję, że nasz świat i świadomość rozwijają się w taki sposób, że i w końcu dotrze także “na zachód”.


Filmik w którym opowiadam trochę o tej sytuacji: https://youtu.be/fWxTRB4i5zY

Polski angielski, czyli dlaczego anglojęzyczni nas nie rozumieją

Polski angielski

Czy wiesz, że jest wiele odmian języka angielskiego? Możliwe, że jeśli mieszkasz w Polsce to nigdy na to nie zwróciłeś/aś uwagi. Samo mieszkanie w Polce nie jest wyznacznikiem braku tej wiedzy. Po prostu przeciętny Polak na codzień nie musi rozmawiać z obcokrajowcami, prawda? Filmy w telewizji też są tłumaczone przez jednego lektora i mimo, że słychać za nim głos aktorów, to skąd my mamy w sumie wiedzieć z jakim akcentem oni mówią?

Czy to znaczy, że jest więcej odmian angielskiego?

Otóż tak! Najbardziej popularnymi odmianami języka angielskiego są:

  • Brytyjski angielski (BRITISH ENGLISH)
  • Amerykański angielski (AMERICAN ENGLISH)
  • Kanadyjski angielski (CANADIAN ENGLISH)
  • Australijski angielski (AUSTRALIAN ENGLISH)
  • Szkocki angielski (SCOTTISH ENGLISH)
  • Walijski angielski (WELSH ENGLISH)
  • Irlandzki angielski (IRISH ENGLISH)
  • Nowozelandzki angielski (NEW ZELAND ENGLISH)
  • Południowo-afrykański angielski (SOUTH AFRICAN ENGLISH)

(źródło: https://supertlumaczenia.pl)

Do you speak English?

Czyżby?

Lista nie jest skończona. Jednak ja bym do tej tutaj dodała jeszcze polski angielski (POLISH ENGLISH). A to dlatego, że Polak za granicą brzmi tak, że od razu wiadomo, że jest z Polski.

Czyli jak?

Czym się sygnalizuje Polski angielski? Nawet nie tak jak mogłoby Ci się wydawać złą gramatyką. Wiele obcokrajowców mówi z mniej lub bardziej poprawną gramatyką. Szczerze? Nawet anglojęzyczni często nie mówią z poprawną gramatyką tylko z lokalnym dialektem lub slangiem. Tu jednak chodzi o to jak my wymawiamy słowa po angielsku.

Czyja to wina?

Nie mam w zwyczaju pokazywać palcem winnego, lub w ogóle myśleć w taki sposób, że ktoś jest czemuś winny w naszym życiu. Jenak trudno jest mi zrozumieć, dlaczego tak nas nauczono w szkole?

Angielskiego uczyłam się od 4 klasy podstawówki, czyli od mniej więcej 10roku życia, czyli od około 1998 roku. Później miałam angielski przez 3 lata gimnazjum, a następnie 3 lata liceum. Moja klasa w liceum miała profil z rozszerzonym angielskim i (jak się dowiedzieliśmy w drugiej klasie) biologii. Maturę ustną zdałam na 75% w 2007 roku. (Pisemną na 70% – a pisać jak się później miało okazać też nie umiałam.) To może mi ktoś wytłumaczyć dlaczego, żaden nauczyciel nigdy nie zwrócił mi uwagi, że np. słowo “birthday” (czyli “urodziny”) nie wymawia się >birsdej< tylko >byrthdej

Damage control (naprawa szkód)

Poprawnej wymowy niektórych słów nauczyłam się w praktyce mieszkając w Glasgow. Chyba jednym z pierwszych takich zawstydzających momentów było, kiedy do obcokrajowca (czyli “tubylca”) zamiast powiedzieć Lamborgini (piszemy: Lamborghini), powiedziałam Lambordżini. Mój przyjaciel Szkot zwrócił mi wtedy uwagę, że to nie jest poprawna wymowa. Wiesz jak dla mnie brzmiało “Lamborgini”? Tak jak teraz “Lambordżini”. Absurdalnie.

Czy to jest naprawdę takie ważne?

Możesz sobie pomyśleć, no dobra, ale co to w sumie za różnica. Przecież to jest nasz drugi język i nie musimy go znać tak jak ten pierwszy, bo to jest drugi. A kto chce może przecież iść na filologię angielską czy inny anglojęzyczny kierunek i dopracować te wszystkie niuanse. No więc i tak i nie. Przypomnij sobie kiedy w przedszkolu lub w pierwszej klasie podstawówki przerabiałeś/aś “Elementarz”. Czy pamiętasz jak nauczyciel ćwiczył jak wymawiać polskie głoski takie jak: ą, ę, ć, ch, ś, sz, rz, ń, ł, ż, ź, dź, dż? Pamiętasz jak tłumaczył które to są głoski miękkie, które to twarde, a które nosowe?

Zakładam, że tak, a jeśli nawet nie pamiętałem/aś to może właśnie sobie przypomniałeś/aś. A czy pamiętasz jak nam tą wymowę korygowano, jak na przykład mówiliśmy “z niom” zamiast “z nią”. Przecież te różnice w wymowie są bardzo wyraźne. No dobra, ale co to ma z angielskim? Otóż to, że języka polskiego uczono nas tak, że powinniśmy go znać, a angielskiego tak, że ewentualnie możemy, ale nie musimy. A przecież można było go uczyć tak, żeby było jak trzeba.

Poprawna dykcja czy nadgorliwość?

Dlaczego od samego początku nikt nie stawiał nacisku na poprawną wymowę takich głosek jak “th”, “ing”, czy końcówek wyrazów, żeby wyraźnie powiedzieć “crab” i “crap”, tak, żeby obcokrajowiec nas zrozumiał? Jeśli Ty mówisz po angielsku, to czy jesteś w stanie zauważyć na czym polega różnica w wymowie między tymi dwoma ostatnimi?

Uwierz mi, że nikt anglojęzyczny mówiąc jakikolwiek czasownik zakończony na -ing (singing, drinking, dancing, itd.) nie wymawia na końcu literki -g, tak jak to każdy Polak wymawia (mówią: singin, drinkin, dancing, itd.). Ta jedna zmiana zmiękczyłaby nasz tak twardy i wyraźny akcent już na samym początku i bardzo ułatwiła porozumiewanie się.

Koszmar o nazwie “th”

Mieszkam w Glasgow na ten moment ponad 12 lat a to jak poprawnie wymawiać głoskę “th” nauczyłam się dopiero kilka dni temu przy pomocy YouTube. Dwojako, po pierwsze tak naprawdę usłyszałam siebie jak mówię po przesłuchaniu swoich własnych nagrań; a po drugie natrafiłam na filmik, który wyjaśnił mi to, co robię źle. (American English with Dave – How to Make the “th” Sound in English.)

Pomyślałam sobie oglądając ten filmik, że “phi, już od dawna umiem powiedzieć >birthday< tak jak trzeba”, ale zaraz zaraz… a co z: mother, father, this, thursday i tak dalej? Już nawet nie wspominając o “thank you”. Jak to jest, że niby wiedząc, to jednak każde słówo zawierające “th” brzmi inaczej? Czyli mniej więcej tak: mader, fader, dis, fursdej, i ostatnie to zależy kiedy, bo raz brzmi: >tenk ju<, a raz >fank ju<. Chociaż o zgrozo słyszałam też jak niektórzy mówią “senk ju”.

polski angielski

Matko i córko. Jak to jest możliwe, że podczas kilku minut jednego filmu na YouTube jest się w stanie zrozumieć i zaaplikować tą wiedzę, a przez 9-10 lat nauki języka w szkole pod okiem “specjalisty” nikt nie zwrócił na to uwagi, ani nie skorygował?

Takie przemyślenia jednak sprawiają, że mam ochotę kogoś za to obwinić, bo jako dziecko, lub zwyczajnie osoba ucząca się nowego języka nie jestem świadoma co robię źle. To nauczyciel powinien po pierwsze nauczyć poprawnie, a jeśli uczeń popełnia błąd – zwrócić mu na to uwagę.

A Ty? Co o tym myślisz?

 


Jeśli wolisz mnie posłuchać to zapraszam do obejrzenia filmu na ten temat. 


Ostatnie wpisy:

Czterolistna koniczyna

Zanim zapytam Cię czy udało Ci się kiedykolwiek znaleźć czterolistną koniczynę, zapytam najpierw czy wierzysz w znaki?

Symbol

Otóż to. Czterolistna koniczyna od wieków była uznawana za symbol. Symbol czego? No oczywiście szczęścia. A ja jak każdy, a przynajmniej każdy kto się do tego umie przyznać poszukuję szczęścia, albowiem jak śpiewała niegdyś Anna Maria Jopek… “Bo szczęście to przelotny gość. Szczęście to piórko 
na dłoni, co zjawia się, gdy samo chce i gdy się za nim nie goni.”

Pewnego wrześniowego (2020) dnia, a właściwie późnego popołudnia nie potrzebowałam właściwie niczego więcej do szczęścia. Był przepiękny zachód słońca, a ja i moich dwóch synków wybraliśmy się na spacer wzdłuż pobliskiego lasu. W promieniach ciepłego słońca puszczaliśmy wielkie bańki mydlane, a później je oczywiście łapaliśmy.

Znak czy jak?

Nie jestem w tej chwili pewna jak to się stało, że w ogóle zaczęłam patrzeć na dół na przyścieżne rośliny. Bardzo możliwe, że była to jedna z tych chwil, kiedy moje chłopaki przyglądali się pracowitym bączkom lub szukali gąsienic. Nie mniej jednak, ja w pewnym momencie coś zauważyłam. Patrzę i wierzyć mi się nie chce! Koniczyna! Ale jaka?! Czterolistna! Oh, w głowie miałam “My preciousss..” Pierwsze co pomyślałam, że to znak. Bo tak mam. Wierzę w znaki i bardzo lubię tą cechę u siebie.

<img src=“image.jpg” alt=“czterolistna koniczyna potwierdzona przez aplikację” title=“Rezultaty sprawdzania autentyczności”>
Moja kochana, szczęśliwa i pierwsza!

Bardzo szybko dopisałam sobie czego znak to może być. A mianowicie od jakiegoś czasu przed tym radosnym wydarzeniem planowałam założyć kanał na YouTube, ale wciąż coś stawało mi na drodze. A to brak tematu, a to brak doświadczenia, a to nie wyglądam dziś za dobrze, a to nie mam tzw. instagramowego kącika do nagrywania. Wiecie jak to jest. Zawsze coś, żeby nic.

Czy to aby na pewno koniczyna?

Ha! Szczęście moje było przeogromne, więc postanowiłam się nim podzielić. Jednak i mnie naszły wątpliwości, czy aby to co trzymam w dłoni to jest w ogóle koniczyna. Oczywiście, czasy nam na to teraz pozwalają, więc ściągnęłam sobie jakąś mądrą przyrodniczą apkę, załadowałam zdjęcie i okazało się, że tak. Tak! To jest jednak koniczyna, z czym jednak widzowie mojego insta story się nie zgodzili :D. Nic tam. Ja i tak wiem swoje.

Tego samego wieczora, pojechałam do swojego studia i nagrałam pierwszy filmik, który możecie zobaczyć tutaj:

Jedyne czego ewentualnie żałuję to to, że jej sobie nie zasuszyłam. Od dziecka nie suszyłam kwiatów (chyba, że jesienne liście z moimi dziećmi) i zupełnie nie przyszło mi to do głowy. Prawdopodobnie w ogóle by nie przyszło, gdyby nie to, że dowiedziałam się dzisiaj, iż czterolistną koniczynę, gdy się ją znajdzie należy wysuszyć i włożyć sobie do portfela na szczęście. Może następnym razem!

Teraz się mogę zapytać. Udało Ci się znaleźć czterolistną koniczynę? Co myślisz o tej mojej?

W pierwszym poście głownie…

mój portret

Zastanawiam się.

Zastanawiam się co będzie za miesiąc. Co było miesiąc temu też nie jest mi zbyt znane, bo spędziłam ten czas w pewnego rodzaju letargu. A przecież już jest koniec lutego. Już po moich urodzinach, tłustym czwartku, walentynkach, Alicji urodzinach i pancake Tuesday. Nawet śnieg już stopniał, a jednak do wiosny jeszcze kawałek.

Nie jestem pewna, czy to jest kwestia braku słońca, że jestem gdzieś zawieszona w czasoprzestrzeni, czy też może jest to kwestia mojego bardzo nie wymagającego trybu życia (na ten moment). Hmm.. ale zaraz zaraz… w środku pandemii, w połowie lockdownu… po tylu miesiącach kiszenia się w domu i NIGDY nie będąc w nim samej, czy to nie jest aby trochę tak, że mój tryb życia nie jest już zupełnie moim wyborem a raczej czymś co przypomina przetrwanie? Ostatecznie, mając tyle obowiązków, planów i pomysłów to ten tryb życia nie jest już zupełnie taki nie wymagający. Myślę, że to bardziej kwestia przyzwyczajenia do codzienności i tęsknota za czymś nowym.

img src=“image.jpg” alt=“Mój portret” title=“Fotograf: MKC Photo Creations”>
www.mkcphotography.uk

Idzie wiosna, a ciało wciąż jakby zimowe.

Ostatnio zrobiło się trochę cieplej i poczułam świeżą bryzę w duszy. Nawet udało mi się zorganizować szare komórki, żeby zacząć trochę ćwiczyć i pozbyć się nadmiaru pączka, który mnie otula od miesięcy. Niektórzy zwą to oponką, ale ja to właściwie mam wrażenie, że to co mnie otula to tak naprawdę taka wielka, puchata kordła (tak wiem, że kołdra). Bynajmniej nie jest to uczucie przyjemne, ale doprawdy spać się przy tym chce niemiłosiernie. Bo jak ma się nie chcieć spać, kiedy waży się ponad tabelkę według skali BMI i nie ma się siły… na nic. (Pomijając już to co wyżej.)

Także poniekąd wzięłam za punkt honoru plan regularnych ćwiczeń. Muszę się przyznać, bo chwalić to jeszcze nie bardzo jest czym, że póki co udało mi się ćwiczyć od dwóch tygodni, a że się zawzięłam (a potrafię być zawzięta), robię to aż 6 razy w tygodniu. Różnorakie to ćwiczenia. Głownie na nogi, brzuch, pośladki i ramiona. Wyszukuję na YouTube workouts na LBT (legs, bum, tummy), i Body Combat, bo są to moje ulubione ćwiczenia. Jedyne czego potrzebujesz to swojego ciała, a jednocześnie są na tyle intensywne, że potrafią wycisnąć z ciebie niezłe poty. Pomimo, że są krótkie, to dla mnie jednak najważniejsze jest to, że je robię.

Co ma piernik do makijażu?

Szczerze mówiąc, ćwiczenia i gimnastyka to nie jest dla mnie coś intuicyjnego i niewymagającego jak kiedyś, kiedy byłam młodsza. Ja muszę mieć zorganizowany cały system… Począwszy od chęci, przez pomieszczenie w którym mogłabym to robić, potencjalnych świadków, pory dnia i co się łączy z tym ostatnim… może się to wydać dziwne i banalne, ale makijażu. Dlaczego makijaż jest jednym z głównych czynników wpływających na to czy ja w ogóle zabiorę się za ćwiczenia? Otóż. Niepchawszy się po tą moją, dość specyficzną urodę, jednak ją dostałam. Taką a nie inną. Jestem jedną z tych osób, które nieumalowane ZAWSZE są pytane “czy dobrze się czujesz” lub “jesteś na coś chora?”. W związku z tym, lubię ten makijaż mieć. Dodaje mi on pewności siebie i uspokaja wewnętrznie.

Aaaaaaaaale….. Przy ćwiczeniach, człowiek się jednak poci… prawda? Przynajmniej dobrze by było, po to, żeby jednak coś z tych ćwiczeń było. No i co teraz? No i to, że jeśli zrobię rano makijaż (bo od tego zaczynam zazwyczaj dzień), a po południu sobie poćwiczę, to jestem cała do wymiany, a na to nie mam zazwyczaj ani czasu ani ochoty. Jeśli natomiast poczekam do wieczora… to zazwyczaj już mi się nie chce. Zostaje więc rano. A rano, różnie jest.

Zostań w domu.

Aktualnie wszyscy jesteśmy w domu. Już od jakiegoś czasu. Ja jednak dopiero od paru tygodni uczę się, że makijaż mogę jednak zrobić po porannej kawie, a nie koniecznie przed. Zapytasz: “co?! uczysz się?!! że co?” No tak, bo to jest w głowie. Nie umiejętność wejścia w codzienne obowiązki, rutynę lub cokolwiek, bez bycia przygotowanym. U mnie, to się objawia w makijażu i ubraniu innym niż piżama (bo nienawidzę chodzić w dzień w piżamie, ale to już inna historia). Wracając do wątku. Co ma mój makijaż, poranek i ćwiczenia ze sobą związane? Podsumowując, to to, że udało mi się ćwiczyć tak zawzięcie wynika z faktu, że robię to zanim się umaluję 🙂 Ta da. Prawda objawiona. Teraz coś Ci powiem. Zastanawiam się co będzie od przyszłego tygodnia, bo zgadnij co? Przedszkola się otwierają…

img src=“image.jpg” alt=“Mój portret” title=“Fotograf: MKC Photo Creations”>
Fotograf: MKC Photo Creations, www.mkcphotography.uk

Tak sobie myślę, że właśnie ten wysiłek fizyczny, czyli uwolnienie trochę endorfin, sprawił, że poczułam jakby jakieś niewidzialne moce zaczęły przecierać z kurzu a może i nawet i z błota mój mózg… myśli… motywacje… Jestem przekonana, że właśnie dlatego, tu i teraz jestem pisząc o 2.40 nad ranem, po tym jak spędziłam ostatnie 3 czy może już nawet 4 dni szukając, czytając, oglądając, ucząc się o tym gdzie i jak założyć blog (bo to wcale nie jest takie proste, uwierz mi). Dowiedziałam się wiele nowych rzeczy o stronach internetowych, hostingach i o znaczeniu wielu rożnych skrótów literowych, które właściwie na pierwszy rzut oka przyprawiły mnie o ból głowy, ale po kilku…nastu powtórzeniach myślę, że ogarnęłam temat na tyle, żeby przynajmniej móc robić to co w tej właśnie chwili i to właśnie tutaj i właśnie w taki sposób.

Nowe

Szczerze mówiąc, pierwszy raz od dwóch miesięcy jestem podekscytowana. Lubię nowe wyzwania. Ten blog jest dla mnie takim. Lubię być zaangażowana w nowe projekty. Ten blog jest dla mnie takim. Lubię stymulację umysłu i ten blog jest właśnie takim dla mnie.

Super, że jesteś tu ze mną. Jak mówi jeden wers mojego tatuażu na udzie w języku Tolkiena, w przetłumaczeniu na angielski brzmi: ”Don’t be afraid, come seat near the fire.” Niech to będzie puenta tego nowego początku.